Jazda na Jazd !

Azja, Iran, Tu byłem

Wracamy do Iranu, tym razem w okolice Wielkiej Pustyni Słonej – Dasht e-Kavir i Pustyni Lota – Dasht e-Lut, gdzie przed trzema tysiącami lat Persowie zbudowali miasto Jazd.
Zapraszam w zadziwiające miejsce, pełne architektonicznych cudów; do miasta innego niż wszystkie w Iranie.

Jazd, jako jedno z najstarszych miast świata, przetrwało do dzisiaj bez większych uszkodzeń. A to wszystko pomimo braku drewna (wiadomo jesteśmy na pustyni) i wody (średnia roczna suma opadów to tylko 60 mm). Jedynym zagrożeniem dla miasta były przez wieki trzęsienia ziemi. Nawet wojny omijały to miejsce. Któż przecież chciałby się zapuszczać z armią w tak niedostępne rejony.
Warunki naturalne sprawiły, że mieszkańcy musieli nauczyć się kombinować i jakoś czerpać wodę, która była jedynie w pobliskich górach. Mieszkańcy Jazdu wybudowali więc sieć podziemnych kanałów, zwanych Qanatami, transportujących wodę do miasta.
Kanały te miały często długość kilku – kilkunastu kilometrów i położone były na głębokości do kilkunastu metrów. Prawie jak nasze wodociągi. Do ich budowy, czyszczenia i napraw zatrudniano specjalnie wyszkolone osoby.
Pozornie prosty kanał, był tak na prawdę skomplikowanym zadaniem wymagającym dużych umiejętności inżynierskich. Jeśli zbudowano go zbyt łagodnie to przepływ wody mógł być za mały, jeśli znowu za stromo, to kanał mógł się zawalić. Wszystko bez specjalistycznych narzędzi stosowanych obecnie. I pamiętajmy, że to działo się przecież kilka tysięcy lat temu.
Obecnie, w Jazdzie kanały przestały pełnić już swoją funkcję. Pozostałości systemu można obserwować w niewielkim Muzeum Wody, w centrum miasta.
Wejściówka to tylko 100000 Riali, a jak będziemy mieć szczęście zostaniemy oprowadzeni przez sympatycznego pracownika muzeum.
Cały system to niesamowita sprawa i genialna konstrukcja, która pozwoliła miastu rozwinąć się w tak trudnych warunkach.
A to jeszcze nie wszystko co można spotkać w mieście. Teraz dodatki do Qanatów.

Persowie wpadli na pomysł magazynowania wody pitnej w podziemnych zbiornikach, budowanych na zwieńczeniu kanałów. Taka konstrukcja, o nazwie Ab anbar, sprawdzała się znakomicie. Woda była czysta, zimna i dostępna w każdej chwili.
Do dziś można takie zobaczyć w mieście i okolicach.

Co ciekawe, mieszkańcy Jazdu zapragnęli mieć także lód w cieplejsze dni (chyba był im potrzebny do drinków).
Aby to osiągnąć, zimą zwozili lód i śnieg z gór i umieszczali w Wieżach Lodu, budowlach podobnych do Ab anbarów. W skrócie chodziło o to, żeby chłodne powietrze będące wewnątrz, dzięki kontaktowi z wodą z Qanatu, znajdującą się poniżej pomieszczenia, sprawiało, że lód topniał bardzo powoli.
Pomieszczenia były w taki sposób budowane i izolowane, że nawet w lecie mieszkańcy mogli się cieszyć z lodu. Takie lodówki z tamtych czasów.

Co jeszcze zadziwia w Jazdzie ?

Łapacze wiatru – badgiry. Nazwa, jeśli ktoś nie był w Iranie, nic nikomu nie powie. Łapacze wiatru ? Co to do cholery jest ?
Typowe dla Iranu wieże to nic innego jak starożytna klimatyzacja.
Jesteśmy przecież w jednym z najgorętszych miejsc na Ziemi. W lecie, temperatury praktycznie cały czas, przekraczają 40 stopni. Nic dziwnego, że Persowie chcieli się ochłodzić w swoich domostwach. Nie trzeba było mieć do tego nowoczesnych urządzeń elektrycznych. Wystarczyły tylko umiejętności konstruktorskie i prawa fizyki.

Łapacze wiatru są powszechnie stosowane do dnia dzisiejszego, są prostsze w obsłudze i nie psują się jak klimatyzatory.
Badgiry to wysokie wieże z licznymi wlotami powietrza i kanałami rozprowadzającymi powietrze wewnątrz. Ich specjalna budowa pozwala na wychwytywanie najmniejszych podmuchów powietrza, które następnie są kierowane do piwnicy.
Pod wpływem różnicy wysokości powietrze się schładza, następnie przepływa w pobliżu Qanatu, co powoduje jego dalsze ochładzanie. W piwnicy miesza się z wilgotnym powietrzem i ostatecznie siecią dodatkowych szybów rozprowadzane jest po całym domu.
Wybierzcie się w jakieś miejsce, gdzie taka klimatyzacja działa to poczujecie to na własnej skórze. W przenośni i dosłownie 🙂
Ciekawostką jest też najwyższy badgir na świecie. Mierzy 33 metry i znajduje się w rezydencji Bagh-e Dolat Abad. Wejście na teren zabytku to kolejny raz 100000 Riali.

Będąc w Jazdzie nie możemy nie wstąpić do Zurkhanehu.
To dziwne miejsce jest taką perską siłownią. Tłumaczone na „Dom Siły” jest miejscem, gdzie Persowie uczestniczą w tradycyjnych irańskich zapasach i konkurencjach siłowych. Wszystkiemu towarzyszy oprawa muzyczna. Całość wygląda bardzo dostojnie i klimatycznie.
W czasie mojego pobytu ćwiczyły jedynie pojedyncze osoby, widowiska niestety nie widziałem.

Jakie jeszcze atrakcje czekają tu na nas ?

Oczywiście meczety. Warte uwagi są dwa.
Pierwszy to najwyższa świątynia miasta – Masjed-e Jameh (Meczet Piątkowy). Meczet pochodzi z XV wieku, jego 50 metrowe minarety uważane są za najwyższe na świecie. Prezentuje się fantastycznie o wschodzie słońca, gdy jego wieże powoli są oświetlane przez promienie słoneczne.
Drugi to kompleks Amir Chakhmaq. Fasada meczetu, ze względu na swój rozmiar oraz perfekcyjne proporcje robi piorunujące wrażenie. Dodatkowo możemy wejść na górę by podziwiać widok na stare miasto.

A stare miasto to labirynt uliczek, w którym najlepszą opcją jest się w nim zgubić. Mamy wtedy pewność, że trafimy w różne miejsca, nie tylko te z przewodnika.
Spacerując wąskimi uliczkami, pomiędzy murami domostw, naszą uwagę zwrócą kołatki, zachowane na niektórych drzwiach.
Ciekawe jest to, że zazwyczaj są dwie. Osobna dla mężczyzn i dla kobiet. Idąc w odwiedziny pukało się taką jaką gość miał płeć. Chodziło o to, żeby odpowiednia osoba otworzyła drzwi.

Zwiedziwszy centrum możemy pójść jeszcze na dłuższy spacer, do zaratusztriańskiej Świątyni Ognia – Ateshkadeh. Podobno ogień znajdujący się wewnątrz pali się od 470 roku. Gdy ja tam byłem akurat mieli zamknięte.

Wracając pewnie wylądujemy w okolicy bazaru czy placu Amir Chakhmaq. W tych miejscach też najlepiej zjeść po całym dniu zwiedzania. A wybór mamy spory.
Od zwyczajnej kuchni perskiej, po takie rarytasy jak kebab z wątróbek, serc czy płuc, kończąc na mięsie z wielbłąda, na które być może trafimy w bardziej domowych knajpkach. Dobre jedzenie serwują także w Silk Road Hotel.
Na deser koniecznie musimy spróbować tradycyjnych miejscowych słodyczy. Podobno najlepsze są w Haj Khalifeh Ali Rahbar (LP też tak mówi) na placu przy kompleksie.
Ja zaopatrzyłem się w kilka opakowań w tańszym sklepiku w okolicy Świątyni Ognia.

Jeśli chodzi o nocleg to zdecydowanie najlepszy i zarazem najbardziej oblegany jest wspomniany już Silk Road Hotel. Koniecznie trzeba wcześniej rezerwować.
Mogę też polecić Kohan Hotel, niedaleko Meczetu Piątkowego. Trochę droższy ale bardzo zadbany wewnątrz.

Zwiedziliśmy miasto, pojedźmy w takim razie zobaczyć okolicę.

Ja wybrałem się do wspomnianego już Kharanq; na pustynię do świętego miejsca zaratusztrian – Chak Chak oraz do wioski Meybod.
Podróżowałem na własną rękę co zdecydowanie jest najlepszym pomysłem. Bardziej wygodnym osobom polecam wycieczkę objazdową, którą każdy hotel nam załatwi za ok. 20 dolarów. Jeżdżąc samemu, mamy większe szanse porozmawiać z tubylcami i zobaczyć ciekawsze rzeczy. Minusem jest to, że nie dowiemy się tyle co od przewodnika na wycieczce, a i czasu zajmie nam to więcej.

O Kharanaq przeczytacie w tym wpisie: Tu czas zatrzymał się w miejscu

Meybod to bardzo interesująca wioska, w której znajdziemy m.in. perełkę architektury perskiej, Wieżę Gołębi. Z zewnątrz niczym szczególnym się nie wyróżnia, ot zwykły okrągły budynek.
Cały skarb kryje się we wnętrzu. Po przekroczeniu progu naszym oczom ukazuje się coś co przypomina plaster miodu. Wewnątrz znajdują się setki otworów w ścianach, w których kiedyś mieszkały gołębie. Taki domek gołębia był miejscem, w którym jadł a następnie wydalał pokarm. Wtedy przychodziła osoba i zbierała te tysiące kup, które miały w tamtych warunkach bardzo ważne zastosowanie.
Mianowicie, służyły jako nawóz. Jeśli sobie pomnożymy kilka kup dziennie przez setki gołębi i przez kilka takich wież to dostaniemy pewnie kilka kilogramów nawozu dziennie. A to już ilość znacząca w tych warunkach.
Do dzisiaj przetrwały niestety nieliczne wieże, a ta w Meybod jest najlepiej zachowana.

Poza tym cudem, znajdziemy jeszcze ruiny twierdzy Narin oraz Karawanseraj, w którym obecnie mieszczą się warsztaty rzemieślników. Możemy kupić dywan, który został przed chwilą tu utkany, biżuterię czy inne rękodzieło.

Wspomnianą twierdzę, pochodzącą z czasów dynastii Sasanidów, możemy zwiedzać za opłatą 100000 Riali. Niestety nie ma tu przewodników, więc jedyną szansą na poznanie historii tego miejsca jest dołączenie do zorganizowanej wycieczki, która zawsze ma swojego przewodnika. Ze szczytu rozciąga się widok na całą okolicę co jest chyba największą atrakcją twierdzy.
Jeśli więc jedziecie do Kharanaq to możecie sobie spokojnie darować to miejsce.

Świątynia zaratusztrian Chak Chak to miejsce bardzo dziwne.
Z jednej strony położone w niedostępnym miejscu, gdzieś w pustynnych górach, gdzie ciężko dojechać. Do świątyni prowadzi bita ścieżka. Nie ma daleko ale wyjście zajmuje ok godzinę, m.in ze względu na panujące temperatury.
Dochodzi się do miejsca, w którym zgodnie z legendą, córka sasanidzkiego władcy Yazdegerda III uniknęła pojmania przez armię arabską. Pozbawiona wody i modląc się do boga Ahura Mazdy, sprawiła, że skała pękła, a dziewczyna skryła się w jej wnętrzu. Na jej pamiątkę woda kapie w miejscu pęknięcia.
Jest to chyba najświętsze miejsce dla wyznawców Zaratusztry. Tysiące pielgrzymów przybywają w to miejsce oddać hołd bogu.

Z drugiej zaś strony wszystko jest dla mnie trochę obdarte z tajemniczości i mistycyzmu. Nowe budynki czy sanitariaty, bo kompleks został przebudowany całkiem niedawno za pieniądze wyznawców z Ameryki. Wybudowano nowe schody, żeby było łatwiej. Podejście do turysty jest bardzo materialne, bo najważniejsze tutaj są chyba pieniądze. Brak zainteresowania tą religią i próby wytłumaczenia fenomenu ognia to kolejna sprawa. Na szczycie płacimy za bilet i poprzez bogato zdobione drzwi z brązu wchodzimy do groty, w której pali się święty ogień.
Na ścianie widnieje Faravahar – boski symbol.

Spodziewałem się czegoś troszkę innego. Chyba te góry wokół spowodowały, że nastawiłem się na jakieś nadzwyczajne doświadczenie i czegoś mi zabrakło.

Mimo to polecam wycieczkę zarówno w okolice Jazdu, jak i do samego miasta. Warto spędzić tu kilka dni chłonąc atmosferę tego wspaniałego miasta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *